Heading article

Informacje

Rotator TOP - single

Nikt nie chciał mi zrobić testu – mówi zarażona koronawirusem

Po dwutygodniowej kwarantannie nikt nie chciał mi zrobić testu, mogłam więc wyjść i zarażać innych – mówi w rozmowie z naszą redakcją mieszkanka Śląska, u której ostatecznie potwierdzono zakażenie koronawirusem. Dodaje, że nie wierzy w oficjalne statystyki zachorowań na COVID-19.

- Blisko miesiąc temu wróciłaś z kraju gdzie jest duża liczba osób zarażonych koronawirusem. Jak wyglądał powrót do Polski? 

Trasa mojego lotu została zmieniona ze względu na odwołane połączenia i dużą ilość pasażerów. Ostatecznie przyleciałam do Warszawy skąd miałam mieć lot do Katowic. Po wylądowaniu w Warszawie okazało się jednak, że ten ostatni odcinek lotu został odwołany i to bez zapewnienia transportu do domu. Musiałam się więc dostać na dworzec kolejowy komunikacją publiczną i do domu wrócić pociągiem.

- Czyli trudno mówić o zachowaniu zasad bezpieczeństwa epidemicznego?

Niestety tak, bo byłam zmuszona sama dostać się do domu z Warszawy - a skoro wszystkim powracającym z zagranicy narzucono obowiązek kwarantanny, oznaczało to, że mogłam być zarażona. Nikogo jednak nie interesowało to, że muszę na własną rękę dotrzeć z Warszawy na południe Polski, potencjalnie zarażając przy tym wiele osób, bo korzystałam z różnych środków transportu publicznego. Nie byłam sama w tej sytuacji. Wszystkie loty wewnątrzkrajowe tego dnia zostały odwołane, a wraz ze mną dziesiątki osób próbowało znaleźć alternatywne środki transportu.

- Czy osoby wracające do kraju są w jakiś sposób monitorowane? Czy może samodzielnie trzeba zgłosić swój powrót?

Po wylądowaniu w Warszawie jeszcze w samolocie sprawdzano każdemu temperaturę, co - muszę przyznać - było przeprowadzone profesjonalnie. Na innych europejskich lotniskach tego nie robiono, co więcej, nie widziałam wielu osób w maseczkach. W Warszawie natomiast większość obsługi i podróżnych miała maseczki ochronne. Przywrócona została także kontrola paszportowa, więc były długie kolejki i cały proces się znacznie przeciągnął. Trzeba było również wypełnić formularz z danymi osobowymi oraz podać miejsce, w którym będzie się odbywać kwarantannę.

- Jak wyglądała 14-dniowa kwarantanna? Czy byłaś sprawdzana - np. przez policję?

Tak, policja codziennie przyjeżdża i sprawdza. Dzwonią i trzeba pokazać się w oknie. Pytają czy czegoś potrzeba i czy pojawiają się jakieś objawy. Ponadto jest aplikacja, w której dwa razy dziennie trzeba wykonać zadanie, tzn. zameldować się (podzielić lokalizacją) oraz zrobić sobie zdjęcie. Do tego kilkakrotnie dzwoniono do mnie z sanepidu z pytaniami o dane i stan zdrowia oraz z MOPSu z pytaniem czy mam wystarczająco jedzenia i środków higienicznych. Muszę przyznać, że zarówno policjanci, jak i pracownicy sanepidu czy MOPSu, są niezwykle mili i przyjaźni - z prawdziwą troską pytają o stan zdrowia. To bardzo pozytywne zaskoczenie.

- Czy po zakończeniu kwarantanny mogłaś po prostu wyjść z domu czy była jakaś kontrola sanepidu czy służb medycznych? 

Po zakończeniu oficjalnej kwarantanny czekałam jeszcze na wyniki wymazu, dlatego z sanepidu polecono mi pozostanie w kwarantannie. Te informacje jednak nie dotarły do policji i przestali mnie sprawdzać, choć telefonowali, żeby zapytać o stan zdrowia.

- Czy było konieczne wykonanie testu na obecność koronawirusa? Czy służby medyczne chciały taki test wykonać?

Z wykonaniem testu był największy problem – nikt nie chciał tego zrobić. Nie miałam silnych objawów, więc polecono mi, żeby po zakończonej kwarantannie wybrać się do szpitala zakaźnego, stanąć w długiej kolejce i tam wykonać test. Na pytanie jak mam się tam dostać odpowiedziano mi, że jedynie prywatnym samochodem. Pomijając obawę, że szpital zakaźny jest chyba najmniej bezpiecznym miejscem i ryzyko zakażenia tam jest największe, nie wzięto pod uwagę, że mogę nie mieć samochodu. Zaproponowano nawet, żeby ktoś z rodziny mnie zawiózł, jednak stanowczo odmówiłam, nie chcąc nikogo narażać. Dopiero kiedy się dowiedziałam, że osoba z którą miałam kontakt jest zarażona wirusem, wówczas wpisano mnie na listę do badań w tzw. wymazobusie. Czekałam tydzień na wymaz, który został pobrany na klatce schodowej i okazało się, że jestem zakażona. W podobnej sytuacji jest wiele innych osób, które w kwarantannie delikatnie przechodzą chorobę, a nie mogą wskazać konkretnej osoby, u której potwierdzono zakażenie koronawirusem i po dwóch tygodniach wychodzą na ulicę, bo nikt nie chciał im zrobić testu. Dlatego nie wierzę w oficjalne statystyki zachorowań na COVID-19.

- Jaki masz sposób na domową izolację? 

Potraktować to jak wakacje od wszystkiego. Nie planować na dłużej niż kolejne trzy dni i cieszyć się tym, że to całkiem wygodne życie. Przecież mogło być dużo gorzej :)

Śledź nas

Social & newsletter

Logo stopka

© 2018 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search